Libertyn na salonach – Libertine black ale [RECENZJA]

0
414
libertine black ale

 Brew dog to kwintesencja bezkompromisowości. Ich black IPA tylko to potwierdza.

W pierwszych słowach na etykiecie browar nazywa swoje piwo chmielową dziwką. Dalej jest już tylko lepiej. Szkoccy piwowarzy robią karierę wymierzając cios między oczy konsumentom. Robią to niemal przy każdym piwie i efekty są znakomite. Dość wspomnieć takie szlagiery jak Sink the Bismarck, Punk IPA czy kuriozalne piwo bezalkoholowe Nunny state, chmielone na potęgę amerykańskim chmielem.

Libertine black Ale

Libertyn nie jest szczególnie różny od tego towarzystwa. W nosie czuć mango, cytrynę, świeżą trawę i trawę cytrynową. Fantastyczny i bardzo bogaty bukiet zamknięty pod czapą gęstej piany. W tle da się wyczuć nuty palonych słodów – aromat kawy i czekolady, może z odrobiną popiołowości.

W ustach kolejna niespodzianka – piwo jest średnio goryczkowe, słodkawe w końcówce, mocno aromatyczne i palone, ale jak na ten styl niezwykle łagodne. Biorąc pod uwagę zapewnienia na etykiecie, spodziewałem się ataku goryczki, która wykręca język na drugą stronę. Tymczasem, piwo jest bardzo pijane, niezwykle bogate w smaku, łagodne ze słodkawym finiszem. Nie jest to, oczywiście łagodność barley wine czy pszeniczniaka, ale dla osób, które nie piły nigdy nic z rodziny IPA będzie to rozsądny wybór na początek.

Goryczka nie zalega, nie męczy. Piwo, mimo sporego woltażu, pije się rewelacyjnie.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ